Politechnika Gdańska Studencki Klub Turystyczny Politechniki Gdańskiej
"FIFY"
PTTK
menu
> strona główna
> o klubie
> imprezy
> galeria zdjęć
> galeria filmów
> jak się zapisać
> siedziba klubu
> listy dyskusyjne
> bazuna
> blachy
> zarząd
> klubowicze
> plecak fifola
> newsy
kalendarz
> 01-02.01.2028: Przenosiny strony internetowej
> więcej...
login
login:
hasło:
zapamiętaj | SSL
zarejestruj się
zapomniałem hasła
sponsorzy
Nasz serwis rowerowy:
F.U.H. Zbigniew Lewicki
ul. Do studzienki 22
80-227 Gdansk
www.lewicki-rowery.pl

Śpiwory puchowe oraz odzież puchowa: kurtki, kamizelki, spodnie, kombinezony, botki i rękawice puchowe - producent

Internetowy sklep muzyczny firmy GAMA Gdańsk. Instrumenty muzyczne i akcesoria dobrych marek w dobrych cenach.

Logo Samorządu Studenckiego PG

miniona impreza
28.04-04.05.2004: Obóz kursu Organizatora Turystyki piesza spanie  zdjęcia(20)
Kronika, opisująca niezwykle interesujące, podniecające, przerażające, odlotowe ( dosłownie i w przenośni – zapytajcie Gochę O. ) i gorszące wydarzenia, które miały miejsce podczas obozu kursowego – który odbył się w dniach od 28 kwietnia do 4 maja roku 2004 w Bieszczadach. Organizatorzy : Ania Mirecka ( zwana pieszczotliwie Bunym) Szymon Ramczykowski( pieszczotliwe przezwisko jeszcze nie wymyślone, dziewczyny na co czekacie) Kronikarz : Bartłomiej Ramczykowski ( o wymyślenie pieszczotliwego przezwiska proszę męską część klubu). 28 kwiecień 2004 środa – pociąg mieliśmy o godzinie 12.25, z Gdyni Głównej. Nigdy wcześniej , na żadnym innym wyjeździe z Fifami, nie czułem się tak bezpiecznie. W większych miastach ( Gdynia, Gdańsk Główny, Bydgoszcz, Warszawa) na peronach porządku pilnowało co najmniej z dziesięciu uzbrojonych po zęby gliniarzy. Od Gdyni Głównej do Skierniewic parę przedziałów za nami jechali policjanci – młode, rosłe chłopaki, w kamizelkach i hełmach, z dużymi pałami Oj niejednej kursantce szybciej zabiło młode serduszko, niejedna zaczerwieniła się na twarzy, niejedna zawstydzona odwróciła wzrok. W tym przypadku moje i myślę, że reszty uczestników obozu, poczucie bezpieczeństwa to nie zasługa zdolności organizatorskich Bunego i Szymka. Akurat w tych dniach w Warszawie odbywało się Europejskie Forum Ekonomiczne. O sprawności naszych organów porządkowych świadczy fakt, że na peronach i w pociągu stróżów porządku było ze dwa razy więcej niż ewentualnych zadymiarzy. W ramach rozgrzewki ekipa złożona z waszego nieocenionego kronikarza, Gosi O., Owcy i Przemysława( na którego z uporem maniaka mówię Krzychu) wykonała na jednym z peronów dziesięć popisowych, Fifowych pompek. Dwa razy przesiadaliśmy się – w Skierniewicach i Warszawie. Ze Skierniewic do Warszawy ja, Mirek i parę dziewczyn jechaliśmy w jednym przedziale z dość wiekową panią – nawet starszą od moich rodziców. Pani była naszym towarzystwem zachwycona – pewnie przypomniała sobie swoją młodość............ Natomiast w pociągu, odjeżdżającym z Warszawy konduktor musiał usunąć pewnych bezczelnych ludzi, którzy śmieli zająć zarezerwowany przez nas przedział. Do Zagórza dojechaliśmy ok. 8 rano dnia następnego. 29 kwiecień 2004 czwartek – czerwonym szlakiem doszliśmy z Cisnej do Smeraka. Na temat pierwszego dnia naszej wędrówki dłużej rozwodzić się nie będę. Było po prostu nudno, nic ciekawego się nie wydarzyło – tylko łażenie z ciężkim pleckiem, raz w górę raz w dół, śladem trzech pasków dwóch białych i jednego czerwonego. Minuty leciały, przepraszam wlokły się w nieskończoność, z nudów można było po prostu odlecieć, wyorłować. . Na przodzie jak zawsze szedł Patyrk, za nim oj daleko, daleko w tyle ja, a za mną - oj dalej, dalej reszta grupy. Patryka w końcu udało mi się dogonić na Okrągliku. I znowu ukłony dla organów porządku – dwaj uzbrojeni po zęby funkcjonariusze straży granicznej z psem sprawdzili naszą tożsamość – i jak w tym kraju nie można czuć się bezpiecznie ? Panowie pogranicznicy poinformowali nas, że do grupy idącej czerwonym szlakiem poleciał ze szpitala helikopter, bo jednemu z członków grupy COŚ złego się stało. Faktycznie, po drodze widziałem jakąś lecącą maszynę. Ale nie wyobrażam sobie, aby leciała po któregoś z naszych. To, znając życie kolejna grupa niedzielnych turystów bez przygotowania wyruszyła w góry. Aby na przyszłość uniknąć takich wypadków zapraszamy do nas na kurs OT. Ponieważ reszta coś długo nie nadchodziła, zniecierpliwieni wyruszyliśmy z Patrykiem na dół z Okrąglika w stronę Smereka. Tym razem tempo mojego marszu nie różniło tak bardzo się od tempa Patryka. Nie wiem tylko, czy to ja starałem aż tak się starałem przyśpieszyć, czy Patryk aż tak starał się zwolnić. Po drodze, tuż przed wsią Smerek, minęliśmy tablicę, która informowała, że 300 m dalej, po przekroczeniu bramy znajduje się pole namiotowe Wideta. Znany z niezwykłej wprost inteligencji i przenikliwości Patryk stwierdził, że TO ( czyli miejsce naszego dzisiejszego noclegu) nie tu. Poszliśmy więc dalej, wzdłuż czerwonego szlaku w stronę wsi Smerek. Po przejściu ok. 500 m, nie chcąc być gorszy od Patryka, postanowiłem tym razem ja, jak to się ładnie mówi, ruszyć głową. Myślałem, myślałem, i wymyśliłem. Przez dwie kolejne noce spać będziemy w iluś tam gwiazdkowym ośrodku nieopodal z sauną, basenem i jaccuzi. W końcu jesteśmy tak bogatym klubem, że stać nas na to. Ku mojemu zdziwieniu i rozczarowaniu w recepcji poinformowano mnie, że żadna większa grupa studentów miejsc na dwa noclegi nie zamawiała. Reszty naszych ani widu ani słuchu, telefony komórkowe Bunego i Szymona powyłączane, zmrok zaraz zapadnie, a my z Patrykiem nawet nie wiemy dokładnie, gdzie mamy nocować. Tym razem wspólnie, metodą tzw. burzy mózgów, po długich rozmyślaniach, wpadliśmy na to, aby wrócić do pola namiotowego Wideta, bo być może TO jednak było tam. Komórka Szymona została akurat włączona i nasz wspaniały kierownik obozu potwierdził słuszność naszego rozumowania. Na polu namiotowym przywitał nas przesympatyczny Pan właściciel z psem Barim – na pierwszy rzut oka ogromne psisko wyglądało groźnie. Ale po bliższym poznaniu okazało się, że bardziej przyjacielskiego i nieszkodliwego psa w chyba życiu nie spotkałem . Stopniowo zaczęła schodzić się reszta grupy – najpierw cztery dziewczyny, potem Kierownik Szymon,........ . wszyscy powoli, nie śpiesząc się. Na samym końcu, chyba ze dwie godziny po mnie i Patryku, kiedy zapadł już zmrok, przyszli Buny, Mirek i Gosia O. Cała trójka miała wielce tajemnicze miny – ni to uśmiechnięte, ni to rozmarzone. Może źle interpretuje, może to moja spaczona przez szereg Fifowych wypadów wyobraźnia – ale wyglądali oni tak, jakby właśnie spróbowali ( to jest właściwe słowo) czegoś nowego, przedtem nieznanego. I cholernie im się to coś spodobało. Ponieważ jestem człowiekiem z natury ciekawskim, spora część z was powie, że nawet wścibskim, bardzo chciałem się dowiedzieć co zaszło. Buny, widząc moją dociekliwą minę, poinformowała mnie, że Gosia zasłabła na szlaku i została helikopterem zabrana do szpitala. Okazało się, że na trasie Gocha nagle tak opadła z sił, że nawet nie miała siły siedzieć, a cóż dopiero iść dalej. Położyła się więc na szlaku i zaczęła panikować Co było powodem tej słabości – niskie ciśnienie, sprawy sercowe, ciężka tego dnia trasa, – nawet nie śmiem pytać.. Przemek przez telefon komórkowy wezwał helikopter. Panowie ratownicy przylecieli, wsadzili Gosię na nosze, potem do helikoptera i wszyscy odlecieli w siną dal – tj. do szpitala w Jaśle. W ślad za Gosią, do Jasła, drogą lodową, wyruszyli Buny i Mirek. W szpitalu lekarze naszą Gosię podleczyli, i cała trójka, korzystając z pomocy życzliwego właściciela czterech kółek - za 50 zł, przyjechała do nas. Idąc spać, lekko przerażony, pomyślałem sobie, że skoro już pierwszego dnia obozu miała miejsce akcja ratunkowa z prawdziwego zdarzenia tj. z użyciem helikoptera, to co stanie się w dniach następnych ? 30 kwiecień piątek – myślę, że Gosia O. w nocy miała okazję nieco ochłonąć po gorących wydarzeniach dnia poprzedniego – zwarzywszy na to, że w namiotach było straszliwie zimno. Bladym świtem – o ósmej rano wyruszyliśmy z Agnieszką, Gosią ( ale nie O. - jak odlatywać – ta jeszcze smaczne spała) i Elą po zakupy do Smereka. Dziewczyny, a szczególnie Agnieszka strasznie na mnie narzekały, twierdząc, że bardzo długo kupuje. Ot, takie typowe babskie fanaberie, nic tylko zacisnąć zęby i cierpliwie czekać. Policzyć do dziesięciu, parę głębszych oddechów, małe piwko na uspokojenie – i w żadnym wypadku nie rozjuszać lwa.......... W góry wyruszyliśmy w dwóch grupach – grupa pierwsza wybrała tzw. trasę lightową – pojechali busikami ze Smereka do Brzegów Górnych, i szli czerwonym szlakiem, przez Połoninę Wetlińską. Grupa druga, z mojej, nie chwaląc się inicjatywy – ja razem z Wojnarem, Aliną, Michałem, Patrykiem, Anią z Bieszczad i Krzysiem ze Smereka wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Brzegów Górnych, z zamiarem zrobienia trasy dużo większej niż tylko jedna Połonina. Wyruszyłem jako pierwszy, przed Smerekiem oczywiście wyprzedził mnie Patryk. Grupę ligtową idącą dokładnie w odwrotnym kierunku, z Brzegów w stronę Smereka, spotkałem przed Chatką Puchatka. Czerwonym szlakiem do Brzegów Górnych, zszedłem sobie z moją wesołą gromadką, która zdecydowała się mi tego dnia towarzyszyć. Tutaj nasze drogi rozeszły się. Ja stopem pojechałem do Wetliny, gdzie dołączyłem do grupu lightowej, która właśnie schodziła z Połoniny. Reszta towarzystwa, nie śpiesząc się coś przekąsiła, następnie wyruszając z Brzegów Górnych w stronę Nasicznego obejrzała kamieniołomy i wodospad. I tu chylę przed wami – Michale, Alino, Wojnarze, Aniu z Bieszczad i Krzysztofie czoła. Rzeczywiście zrealizowaliście moje założenie i zrobiliście trasę o wiele dłuższą niż grupa lightowa. U mnie skończyło się tylko na dobrych chęciach, przeszedłem dokładnie tyle samo, tyle że w odwrotnym kierunku. W podziwie dla waszego hartu ducha jeszcze raz wymienię wasze imiona : Michał, Wojnar, Alina, Ania z Bieszczad i Krzychu, z Brzegów Górnych do Bazy wrócili szosą, przechodząc około 12 km. I jeszcze zaoszczędzili na busie po 6 zł każde – to się nazywa zaradność. Do pola namiotowego Wideta doszli po północy, kiedy ja już sobie smacznie spałem. 1 maja sobota - z okazji extra wydarzenia – przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, organizatorzy wymyślili extra trasę. Plecaki pojechały z nieocenionym w takich sytuacjach Szymonem do schroniska studenckiego Koliba. Natomiast my z Przełęczy Wyżniańskiej wyruszyliśmy najpierw zielonym szlakiem, przez schronisko „Pod Małą Rawką” , przez Wielką Rawkę do Krzemieńca. Zawracając zielonym szlakiem weszliśmy na Połoninę Caryńską, i cały czas wzdłuż zielonego doszliśmy do miejsca noclegu – schroniska studenckiego Koliba. Przesyłam pozdrowienia dla przesympatycznej gospodyni - pani Marysi i jeszcze przesympatyczniejszych zwierząt – wyjątkowo namolnych kotów i małego, z pozoru niegroźnego, sympatycznego pieska. Przy próbie bliższego poznania - tzn. przy próbie pogłaskania zwierzak gryzł w rękę. Do schroniska pod Kolibą doszedłem już po zmroku – jako jeden z ostatnich. Po dłuugim oczekiwaniu wykąpałem się, ku uciesze gawiedzi ( głównie Dody i Kocza) roznegliżowany wyszedłem spod prysznica, położyłem sobie w sionce materac, tuż koło obuwia wszystkich gości schroniska, i wdychając świeże, górskie powietrze poszedłem spać. A reszta imprezowała sobie w najlepsze, ale tego opisywać nie będę, bo i po co. 2 maj niedziela – jedną z wad chodzenia z większą grupą osób ( nawet tak klawych osób, jak Wy, moi drodzy), jest to, że cholernie się wszyscy grzebiecie. Ja wstałem sobie gdzieś tak o ósmej i razem z dziewczynami zrobiłem śniadanie, potem wszyscy powoli, nie śpiesząc się wstali, umyli się, razem zjedliśmy śniadanie, potem bez pośpiechu wszyscy się przygotowywali do drogi, już, już byliśmy gotowi, ale to ktoś musiał się po coś wrócić, ktoś inny zapomniał umyć zębów, jeszcze inna osoba musiała koniecznie siusiu. A mnie aż świerzbi, aby już wyjść. Z Szymonem, przy wyraźnym, przyznaje, sprzeciwie, Bunego, ustaliłem, że z Koliby ( tego schroniska w Bieszczadach, a nie tej knajpy w Sopocie) zielonym szlakiem w stronę Magury Stuposiańskiej, dojdę do szlaku niebieskiego, następnie zejdę w dół, do Widełek, gdzie poczekam na resztę. Dochodziłem powoli, nie śpiesząc się. W Widełkach czekałem 10 minut, 20, pół godziny......... Nikt z naszych nie nadchodził. Okazało się, że kierownik Szymon, nie po raz pierwszy zresztą, pomylił się. Reszta grupy zeszła sobie żółtym szlakiem do Bereżek, szosą doszli szybciej niż ja do Widełek, potem niebieskim szlakiem przez Bukowe Berdo na Tarnicę, czerwonym szlakiem do Ustrzyk Górnych, i busikiem do schroniska. Ambitna trasa, przyznaję. A ja bez pośpiechu wróciłem sobie tą sama drogą co przyszedłem - z Widełek do schroniska niebieskim w górę, zielonym w dół. W schronisku trochę poflirtowałem sobie z gospodynią Marysią i ładną brunetką Martą z Krakowa. Na zakończenie dnia troszkę sobie poimprezowałem - tzn. posiedziałem przy ognisku śpiewając, gawędząc i jedząc kiełbaskę - dziękuję tym, którzy mnie poczęstowali. 3 maj poniedziałek – żółtym szlakiem zeszliśmy do Bereżek. Dwa busiki zabrały nas do Zagórza. W przeciwieństwie do roku poprzedniego w pociągu większych tłumów nie było. Elegant Patryk, ulubieniec damskiej części klubu, aby efektywniej podziwiać swoje szlachetne oblicze w jednym z przedziałów odkręcił lustro. Akurat tego dnia bilety sprawdzał typ tzw. bezdusznego służbisty. Nie wystarczyło mu nawet to, że Patryk bez problemu lustro na swoje miejsce przykręcił. Konduktor, jak to konduktor, trochę pokrzyczał, trochę się pożalił, puścił oko do ładniejszych dziewczyn, postraszył nas Policją i SOK, po czym poszedł w swoją stronę i więcej nas podczas podróży nie niepokoił. Gdzieś tak o drugiej porozmawialiśmy sobie z Gosią na tzw. poważne tematy przy piwie................ i kolejny obóz z Fifami się skończył.
Trasa:
The best of BIESZCZADY: połoniny, Tarnica i inne fajne miejsca. Może nawet zahaczymy o Słowacje :D.
Spanie:
Najprawdopodobniej dla obniżenia kosztów bedziemy spać w wojskowych namiotach z prowizoryczną podłogą na materacach.
Zabierz ze sobą:
Ciepły śpiwór, ciepłe ubranie, karimata też się przyda, dobry humor, prowiant na długą podróż pociągiem, wygodne buty, dobry humor, pieniądze, paszport (może pojedziemy na Słowacje)
Koszty:
Ze względu na konieczność rezerwacji przedziałów prosimy o zgłaszanie chęci uczestnictwa jak najszybciej!!!

UWAGA!!Zaliczka na oboz w bieszczady wynosi 70 pln. Wplat nalezy dokonywac u organizatorow w piatek (16.04) lub poniedziałek (19.04)

W poniedzialek(19.04) w godzinach 16-18 odbedzie sie w klubie spotkanie przedobozowe, na ktorym bedzie ostateczny termin wplacania zaliczek. Całkowity koszt obozu to 180 pln (przejazdy PKP+rezerwacje, noclegi, wyżywienie, przejazdy na miejscu) w tym zaliczka.
Organizatorzy:
>kierownik: Szymon Ramczykowski, więcej...
>cała reszta ;-): Anna Michalska, więcej...
<< poprzednie następne >>
imprezowy nawigator
poprzednie imprezy
> 17-18.04.2004: Rajd Pierwiosnki
> 19.04.2004: Spotkanie organizacyjne przed obozem kursowym w Bieszczadach
> 23.04.2004: Egzamin Kursu OT
> 24.04.2004: Inauguracja nowego pomieszczenia klubowego
> 01-03.05.2004: Spływ pierwszomajowy
> 28.04-04.05.2004: Obóz kursu Organizatora Turystyki
> 07.05.2004: Poobozowe gr(z)anie
> 09-10.05.2004: Filmiki z wyjazdów
> 14.05.2004: Fifowa wyprawa na na Pidżama Porno
> 22-23.05.2004: Złaz Prezesa
> 26.05.2004: Do-sprzątanie klubu
następne imprezy